Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

CO W PUDEŁKU PISZCZY?


Gry są jak skarby zamknięte w pudełku, a nawet puszce. Pudełka różnej maści nęcą graczy do zakupu... Małe, duże, kolorowe, z klimatem, historią, kwadratowe, prostokątne, okrągłe, metalowe, tekturowe, plastikowe... Do koloru, do wyboru... Zachęceni opisem, mechaniką, a czasem zachwytem innych graczy powiększamy swoją kolekcję. Pudełko pięknie wygląda na półce (przecież wiadomo, że to najważniejsze), a my raz za razem oddajemy się świetniej zabawie, ale... No właśnie co z tym ale?

Czasem jak się pojawia rysa na szkle, to pierwsze na czym skupia nasz wzrok, to właśnie owa rysa. Tak samo w grach walory wizualne mają duże znaczenie. Projektanci prześcigają się w pomysłach, co i rusz grafiki powalają na kolana. Pytanie tylko co z dopełnieniem, znaczy się wypełnieniem? Weźmy na tapetę wypraskę, która powinna być pod wieloma względami funkcjonalna. Jej zadaniem powinien być podział i zabezpieczenie elementów. Zarówno dla ochrony, jak i wygody gracza. Po pierwsze ochrona, elementy dobrze otulone, mające swoje miejsce, a co za tym idzie mniej się niszczą. Po drugie wygoda, podzielone raz dwa wyciągamy i granie rozpoczynamy. A co może nas spotkać?

Wolna amerykanka
Zgodnie z zasadą graczu radź sobie sam, żeby nie zatonąć w elementach trzeba kombinować. Gracze są kreatywni, więc czasami, co gra, to inne pomysły. Tym sposobem pudełka są wypełniane przez organizery na gwoździe, plastikowe pojemniki, pudełka spożywcze, czy też woreczki różnej maści. Tylko czy nie można by rozwiązać tego prościej? 

Prosto i funkcjonalnie
Każdy element może mieć swoją miejscówkę, a każdy gracz wie za co się zabrać.

Wielka zagadka
Napowietrzone pudełka cieszą oko w sklepie, ale na półce zajmują 50% więcej miejsca, a do tego elementy pływają od prawej do lewej. Chyba, że zostawiono miejsce na pudełko na gwoździe, wtedy wszystko jasne. 

Szyte na miarę
Fajne są gry, w których pudełko jest idealnie dostosowane do elementów. W tym przypadku nie wiadomo co to przerost formy nad treścią, a jak elementy nie latają, to i się nie niszczą.
Katorga
Przyznam się szczerze, że mam alergię na woreczki strunowe. Nie wiem dlaczego, ale mnie drażnią. Jak otwieram pudełko i widzą zafoliowane elementy, a bok 10 woreczków, to wszystko we mnie jęczy. Żadna przyjemność otwierać takich naście przed grą, wysypywać, wsypywać, pomylić woreczki, czy upychać elementy, bo ledwo się mieszczą. Jest to zadanie żmudne, czasochłonne i tylko dla cierpliwych, więc jak tylko się da, to od nich uciekam. Gorzej jak w pudełku znajduje się 30 strunowych woreczków i trzeba w nich umieścić 240 kart. No bez jaj, wychodzi jakaś droga przez mękę. Nie wiem czy to miała być zemsta, czy żart, ale jak tu się pozytywnie nastawić do takiej gry? Chyba, że marzy nam się romantyczny wieczór podczas segregacji, w końcu wszystko zależy od towarzystwa...

Co do czego?
Idea wypraski, to świetna sprawa. Gorzej jak nie wiadomo jak ją zastosować. Są takie gry, w których podział w wyprasce ma się nijak do ilości elementów, czy jakiegoś sensownego podziału (chyba, że gracze zbyt tępi). Wtedy czeka nas ćwiczenie kreatywności.
Wisienka na torcie
Czasem po otwarciu pudełka od razu uśmiech pojawia się na twarzy. Po prostu nic dodać, nic ująć... Pozostaje cieszyć się znakomitą zabawą.







Zadbanie o wnętrze pudełka jest rzeczą tak samo istotną, jak o okładkę. Wrzucenie wszystkiego jak leci do pudełka wydaje się być niezłą drogą na skróty. Choć w niektórych grach widać dużą dbałość o szczegóły, to jakoś strona praktyczna zostaje pominięta. Zastanawia mnie czy jest to kwestia wygody producenta, czy też kosztów? Chociaż patrząc na inwestycje, które czynią gracze, aby ogarnąć wnętrze pudełka, to chyba byśmy woleli 5 lub nawet 10zł więcej zapłacić, a mieć komfort działania. Oczywiście sporo gier jest już wydawanych z zadbaniem o te szczegóły, więc pozostaje mieć nadzieję, że będzie jakiś progres w tym temacie. 

A może tylko się czepiam?
 

czwartek, 6 sierpnia 2015

KIEDY TO BYŁO...

Każdy z nas ma jakieś zainteresowania. Temat hobby jest pewnie długi i szeroki niczym ocean. Jak w tym temacie odnajdują się planszówki i kiedy, to wszystko się zaczęło? Dobre pytanie... Ostatnio zastanawiałam gdzie był początek tego wszystkiego. Na pewno nikt z nas (pasjonatów) nie ma zmienionego kodu genetycznego z focusem na gry (chociaż, kto wie), z mlekiem matki też raczej nie dało rady (choć pewnie zależy od matki), a przecież nie każdy kto grał w chińczyka kończy potem zasypany grami. Swoją drogą ciekawe czy są jakieś predyspozycje charakteru, umiejętności lub jakiś zdolności do zarażenia się graniem? Choroba, alergia, zaraza? Rozprzestrzenia się drogą kropelkową, czy dotykową? Coś mi się zdaje, że kluczem do rozwiązania sprawy jest kontakt z zarażonym człowiekiem...

U mnie pierwsza faza uzależnienia pojawiła się za młodu i jak się nad tym zastanowić, to chyba mogę nawet wytypować swoją pierwszą wielką trójcę. Może i tytułu nie powalają, ale były tym czymś co zasiało ziarno (w końcu przetrwały do dzisiaj). Są to chyba dinozaury w mej kolekcji, bo niektóre już obchodziły 20 urodziny, a jedna gra jest tuż przed. Pamiętam jak zamęczałam wszystkich dookoła Scotland Yard'em, a w tle unosiło się gromkie "o, nie!". Po dziś dzień nie rozumiem jak ta gra może się znudzić, ale może jednak to kwestia kodu genetycznego. ;) Wracając do tematu, oto moi kompani z dzieciństwa...

Eurobusiness
Jak dla mnie klasyka gatunku z kategorii gier ekonomicznych. Nie ma żadnych bajerów w stylu wypaśne pionki, czy elektroniczne płatności. Elementy są proste i czytelne, a mechanika wymiata. Do tego nie ma przekombinowania, a patrząc na ceny gier, to ta wypada super tanio. Kupujemy, sprzedajemy, budujemy i się targujemy. Pamiętam nocne rozgrywki, które kończyły się nad ranem. Były pożyczki, zastawianie i handel pod stołem (gdzie stawką było nawet mycie naczyń, normalnie skandal). A jak chcecie więcej dowiedzieć się o grze, to nawet doczekała się recenzji.

Miliard w rozumie
Gra planszowa na podstawie znanego telewizyjnego teleturnieju i też typowo quizowo wypada. Rozgrywka polega na bieganiu po planszy i odpowiadaniu na pytania. Im więcej wiemy, tym większe szanse na zwycięstwo. Choć może nas też podratować trochę losowości w postaci rzutu kostką. Pamiętam, że zawsze przegrywałam (tak kończy dziecko grające z dorosłymi), ale jakoś mnie to nigdy nie zraziło. Pytania były fajne, a dynamika i emocje robiły swoje.

Scotland Yard
Okazuje się, że gra wciąż jest na rynku (a kupić można tu). Ja mam wydanie z 1994 roku. Hmmm... czy to już zabytek? W grze jeden gracz wciela się w Mr. X, który ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, a reszta zostaje detektywami gotowymi ująć przestępcę za wszelką cenę. Zawsze podobało mi się w mechanice, to że jeden staje przeciwko wszystkim. Detektywi mogą dyskutować, dedukować i współpracować przez cały czas. M. X ujawnia swoje położenie co kilka rund, a przez większość gry przemierza ulice Londynu niezauważony. Potyczka dziecko kontra dorośli, fantastyczna. Wyprowadzenie w pole detektywów, bezcenne.

Choć nie powiem pamiętam też masę rozgrywek w Tysiąca (oj, kwitł hazard z dziadkami) i Kanastę (ogrywanie chorego dziecka powinno być zakazane). Były też szachy z Dziadkiem i Scrabble z Babcią (woreczka z literkami trzeba było pilnować niczym oka w głowie, bo literki same wychodziły). Zdarzył się też Wist i Szwed (w końcu karcianki, to podstawa) oraz inne planszówki. Coś mi się zdaje, że moje otoczenie było zepsute. ;) Potem nastąpiła faza druga uzależnienia, gdzie chyba wszystko wymknęło się już z pod kontroli (a kiedy? trudno stwierdzić)... A jak teraz Rodzicielka strzela zapytaniem "co masz nowego do grania?", fenomenalne.

A u Was kiedy, z kim lub z czym się zaczęło?